Blog poświęcony tematyce zarządzania kompleksową jakością
Blog > Komentarze do wpisu
Współawodnictwo czy współpraca?

Większość z nas uczono od dziecka, że współzawodnictwo buduje. Oczywiście „szlachetne współzawodnictwo”. Ta nauka zaczyna się już w przedszkolu. Kto pierwszy skończy mleczną zupkę, kto namaluje najładniejszy obrazek, kto zbierze najwięcej makulatury, kto ma najładniejszą sukienkę. Potem szkoła i znowu — kto jest najlepszym uczniem, która klasa  najlepsza, która szkoła zwyciężyła w konkursie... I tak do później starości.


Lubimy być pierwsi, najlepsi — niestety, lubimy mieć też poczucie, że inni są od nas gorsi. Jest taki smutny żart, opowiadany jako rdzennie polski, ale przecież aktualny na całym świecie. Pan Bóg zwraca się do człowieka: „Uczynię dla ciebie co zechcesz, ale pod warunkiem, że dla twojego sąsiada uczynię dwa razy tyle. Czego byś pragnął.” Człowiek po głębokim namyśle: „Pozbaw mnie Panie Boże jednego oka”.


Zwyczaj ubiegania się o palmę pierwszeństwa jest zakorzeniony w nas od pokoleń. Przeniknął też do zarządzania zespołami ludzkimi w przedsiębiorstwach, szkołach, wojsku, organizacjach społecznych, w polityce. Wszyscy bez przerwy ścigamy się w jakiś zawodach — niestety jakże często według zasady „niech ja stracę, byle on nie zyskał”.


Opowiadał mi ostatnio zaprzyjaźniony przedsiębiorca, któremu leży na sercu tworzenie harmonii i atmosfery współpracy w jego firmie, że kiedyś zaproponował zrównanie wynagrodzeń pracowników jednego z kierowniczych szczebli. Wszyscy otrzymaliby podwyżkę, ale większą ci, którzy dotychczas zarabiali mniej. Po regulacji wszyscy zarabialiby tyle samo. Ta propozycja spotkała się ze sprzeciwem przełożonych tych osób, które zarabiały więcej. Przecież wiadomo, że kto zarabia mniej, jest gorszy, a kto zarabiają więcej, jest lepszy. Ta różnica jest dla „lepszego” źródłem nieustającej satysfakcji, z której nie chce zrezygnować. Woli zrezygnować z podwyżki.


Dziwimy się temu przykładowi, to rozejrzyjmy się wokół nas. Przecież obowiązuje zasada, że abym ja czuł się lepiej, ktoś musi czuć się gorzej. Żeby ktoś wygrał, ktoś musi przegrać.
Firma X ma sieć punktów sprzedaży w całym kraju. Dyrektor handlowy tej firmy, którego wynagrodzenie zależy oczywiście od poziomu sprzedaży w całej sieci, postanowił zmobilizować swoich sprzedawców do lepszego działania. Ogłosił zatem konkurs „kto sprzeda więcej”. Dla zwycięzców przewidziano dużą pulę nagród.


Pierwszy efektem konkursu było pogorszenie współpracy pomiędzy sprzedawcami. Nikt nie będzie pomagał konkurentowi. Gdy do mnie przyjdzie klient po towar, którego akurat nie mam w magazynie, nie wyślę go do kolegi, bo to obniżyłoby moje szanse na zwycięstwo. Nie podzielę się też z kolegą spostrzeżeniami co do oczekiwań klientów, nie przekażę wiedzy młodszym sprzedawcom.


Drugim efektem była dominacja celu „sprzedać jak najwięcej przed zakończeniem konkursu”. Ten cel przesłonił sprzedawcom podstawowe zadanie każdej firmy, jakim jest budowanie zaufania i lojalności klienta. Klient był więc agresywnie namawiany na jak największy zakup, a kto nie robił wrażenia, że stać go na to, był lekceważony. Szkoda na takiego czasu.


Oczywiście szanse na wygraną w konkursie ma zwykle tylko kilku sprzedawców i w dodatku najczęściej z góry wiadomo których. Pozostali tracą więc wszelki zapał do działania. Jest to trzeci negatywny efekt współzawodnictwa. Ten efekt, poza zahamowaniem działań pozytywnych, niesie też poczucie niesprawiedliwości wśród przegranych. Może też nieść — co jeszcze bardziej niszczące— poczucie klęski. Poczucie, że jest się gorszym. To demobilizuje nie tylko na czas konkursu, ale nierzadko na całe życie.


Często przytaczanym przykładem „szlachetnego współzawodnictwa” jest sport. Oczywiście sport wyczynowy, bo w rekreacyjnym nie ma współzawodnictwa. Ale sport wyczynowy to „lepszy” i „gorszy” oraz zasada, że aby ktoś wygrał, ktoś (reszta) musi przegrać? Sport wyczynowy od lat dryfuje więc w kierunku stanowiącym zaprzeczenie tego czym miał być. Doping, afery korupcyjne — coraz ostrzejsza kontrola i coraz większe nadużycia. Sytuacja właściwie bez wyjścia, bo napędza ją sama istota sportu wyczynowego — liczy się zwycięzca, a zwycięzca może być tylko jeden. Tymczasem sport rekreacyjny, ten bez zawodów i rankingów, pozostaje nietknięty. Tam nikt nie stara się być lepszy od innych. Wystarczy, że dziś jest się lepszym, niż było się wczoraj.


Współczesna wiedza o zarządzaniu bardzo silnie eksponuje tezę, że podstawą sukcesu każdego zespołu, a w tym i każdej jednostki w tym zespole, jest współpraca. Wiadomo też, że współzawodnictwo nie stymuluje współpracy, ale ją niszczy. Niestety z wielkim trudem przychodzi wdrażać ideę współpracy we współzawodniczącej społeczności. Jest to bez wątpienia najtrudniejsze z wyzwań każdego menedżera. Wymaga przezwyciężenia wielu nawyków.


Staropolska recepta na prawdziwy barszcz zaczyna się od słów: „weź cały ocet jaki masz w domu i wylej go do stawu”. Menedżer, który pragnie budować swój zespół według nowoczesnych zasad, który pragnie kształtować w nim stosunki życzliwości, otwartości i współpracy, powinien rozpocząć od usunięcia z tego zespołu źródeł niechęci, poczucia krzywdy i zawiści. Te uczucia kreuje w pierwszym rzędzie porównywanie między sobą pracowników i zespołów. Edwards Deming, legendarny twórca sukcesu wielu japońskich i amerykańskich firm, przestrzegał menedżerów przed dokonywaniem takich porównań. Nie ma gorszych i lepszych. Wszyscy są doskonali, choć każdy na inny sposób. Każdemu należy się ze strony przełożonego opieka i pomoc w tym co robi oraz wnikliwa i życzliwa analiza, nie ocena (!), tego co robi. Każdego należy zachęcać i od każdego oczekiwać, aby był co dzień lepszy. Lepszy nie od innych, ale od tego jakim był wczoraj.


Oczywiście równolegle do usuwania barier współpracy, należy też budować źródła i umiejętności jej wdrażania. Treningi asertywności, pozytywne myślenie, techniki prowadzenia prac zespołowych, eliminacja czynników wywołujących strach, techniki obiegu informacji. Jakże odległe to pojęcia od premii, prowizji i przodowników pracy. Bo też we współczesnej praktyce zarządzania dokonuje się rewolucja, która zmienia oblicze świata. I zmieni go szybciej niż nam się wydaje. A jak to zwykle bywa w takich przypadkach, kto na czas nie wsiądzie do odchodzącego pociągu, ten w ogóle nie dojedzie do celu.

piątek, 02 stycznia 2009, andrzej_blikle

Komentarze
2009/01/02 15:50:31
Bardzo celne i mocne przesłanie oraz dobry kierunek dla polskich małych i średnich firm. Myślę ,że właściciele nie są do końca przekonani - czy szeroko pojęta współpraca będzie dobra dla firmy. Zastanawia mnie również fakt dotyczący przekazywania wiedzy na uczelniach "nowym" menedżerom ,którzy powinni otrzymać chociaż podstawę podejścia do spraw jakości ,opartych na działaniach Deminga. Jako menadżer staram się wprowadzać zasady sprawdzone w innych zespołach i myślę ,że przy odpowiednim wsparciu -zrozumieniu mogą przynosić duże wymierne zyski . Jednakże z mojej praktyki niestety wynika ,że właściciele małych i średnich polskich firm chorują jeszcze na syndrom " Jagiełły". Brak zrozumienia aktualnych sytuacji na rynku oraz wspomnienia dynamiki lat 90 -tych nie kierują nas do pozytywnych zmian . Potwierdza się nasze nastawienie ,że "dobrze ,to mogę mieć tylko ja lub nikt inny". Chęć szybkiego kierunku wzrostu doprowadza do podejścia feudalnego - pracownicy.

Andrzej
-
2009/01/02 18:13:28
Ciekawe jest to, że obcokrajowcy wcale nie postrzegają nas tak jak to łaskaw był Pan przedstawić. Gdyby Polacy istotnie byli takimi wyznawcami Schadenfreude i klasycznie nie nadawali się do kooperacji, zgodnie z z regułami dylematu więźnia, nie bylibyśmy dziś na szeregu płaszczyznach tam gdzie jesteśmy. Czyli wysoko we wszystkich rankingach. Na polu ekonomii, sportu, kultury itd., itp.
Pomiędzy kooperacją a rywalizacją musi być zachowana po prostu równowaga. Powiem szczerze, że nie lubię wypowiedzi typu: jacy to Polacy są be, a jacy Amerykanie są fajni. Irytuje mnie to uogólnianie kompleksów własnych na całą populację Polaków.
-
2009/01/03 16:56:35
Polska szkoła nastawiona jest na niezdrową rywalizację nauczycieli. Dodatek motywacyjny jest tak skonstruowany, że jeśli ktoś dostanie większy dodatek to kosztem innego nauczyciela. Więc zamiast siebie wspomagać rywalizują a marne kilka groszy, albo uznają, że w tej rywalizacji nie mają szans i odpuszczają sobie większy wysiłek dla dobra wspólnego. Dbają przede wszystkim o swoje rezultaty. W efekcie trzeba było wprowadzić dodatek za opiekuna stażu bo młodzi nauczyciele pozostawieni sami sobie zaczęli mieć coraz więcej problemów. Dodatek za opiekuna stażu działa demotywująco na pozostałych, Ktoś bierze pienądze za opiekę to co ja będę pomagać za friko. Nauczycieli docenia się za posiadanie olimpijczyków, czyli za wyścig szczurów, za rzetelną codzienną pracę trudno doczekać się docenienia. Największe efekty takiej pracy nauczycieli poznamy dopiero za lat dziesiąt.
-
2009/02/13 19:50:35
W odpowiedzi na wpis proces7 uprzejmie donoszę, że używając zaimka "my" nie miałem wcale na myśli "my Polacy", a raczej "my ludzie z kręgu kultury śródziemnomorskiej", co obejmuje Europę, obie Ameryki i dobry kawałek Azji. Wcale też nie uważam, że jesteśmy - w sprawie współpracy - gorsi od innych. Natomiast stanowczo nie zgadam się, że potrzebna jest równowaga pomiędzy współpracą a współzawodnictwem. To tak jakby powiedzieć, że potrzebna jest równowaga pomiędzy działaniem skutecznym a nieskutecznym. Jest oczywiście prawdą, że współzawodnictwo, podobnie jak inne nieskuteczne działania, w świecie rzeczywistym będą zawsze obecne, jednakże stan rzeczywisty, to nie koniecznie stan pożądany.

Andrzej Jacek Blikle jest profesorem zwyczajnym w Instytucie Podstaw Informatyki PAN, członkiem Europejskiej Akademii Nauk (Academia Europaea), prezesem firmy „A.Blikle Sp. z o.o.”, członkiem honorowym i byłym prezesem Polskiego Towarzystwa Informatycznego, wiceprezesem Komitetu Mazowieckiej Nagrody Jakości, przewodniczącym Rady Centrum im. Adama Smitha, prezesem zarządu stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, ekspertem firmy Brian Tracy International, członkiem kapituły nagrody dla sprzedawców i ich trenerów Polish National Sales Award (www.pnsa.pl) oraz członkiem ponad dwudziestu innych organizacji. Od 1996 roku wykłada i wdraża w swojej firmie zarządzanie kompleksową jakością. W latach 1996-99 uczestniczył w corocznych konferencjach Brytyjskiego Towarzystwa Imienia Deminga (w roku 1999 jako wykładowca). Od lat zajmuje się szkoleniami oraz pracą naukową.

Partner serwisu
Międzynarodowa Firma
Doradczo-Szkoleniowa Brian Tracy International